Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STYL ŻYCIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STYL ŻYCIA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 grudnia 2017

KALENDARZE ADWENTOWE - wielki finał

Tak! Przyszedł ten dzień! Boże Narodzenie! To dzisiaj! Tyle czekania! Tyle przygotowań! Tyle zakupów! Tyle otwartych okienek w kalendarzach adwentowych... zatem i czas podsumowań. Ale zanim podsumowanie - pozwólcie, że złożę Wam życzenia...

Cudowności Kochani! Niech te Święta będą nowym początkiem lepszej części Waszego życia! A co, niech będzie z grubej rury! Nie będziemy sobie przecież żałować! Happy Christmas od Jonatana! Wesołych od mojej Mamy! I niech się wiedzie!


A przechodząc już do kalendarzy, to najpierw miał być tylko jeden, potem pojawił się drugi, który sprezentował mi Jonatan, trzeci dokupiłam na wyprzedaży, a czwarty z biżuterią z H&M zawitał do mnie krótko przed 20 grudnia ;) Ten z biżuterią dał mi sporo radości ale nie będę o nim pisać, bo ciężko było go ładnie sfotografować. Czy warto się w niego zaopatrzyć? Jeśli lubisz tanią biżuterię na kilka razy utrzymaną w klimacie świątecznym to śmiało! Ja byłam zadowolona tym bardziej, że trafiłam na okazję - zamiast £25, zapłaciłam £7 :)

Urodowe kalendarze były trzy.

Pierwszy i absolutnie najlepszy był ten z The Body Shop. Świetnie wykonany, na 25 dni. I jak się dzisiaj okazało, całe pudełko stanowi grę planszową, które może jeszcze dać nam trochę radości ;)


A w środku pełen wypas: 
opaska z króliczymi uszkami użyteczna przy nakładaniu maseczek
myjka
2 mydełka
5 żeli pod prysznic
3 balsamy do ust
2 masła do ciała - duże i małe opakowanie
krem do rąk
balsam do ciała z serii prfumowanej
płyn do demakijażu
2 pędzle
złoty brokat
czerwona szminka
czerwona konturówka
2 czarne kredki - zwykła i żelowa

Tak mi się ten kalendarz podobał, że Mikołaj przyniósl mi kolejny! Tym razem gwiezdną wersję noworoczną - dziś otworzyłam pierwsze pudełko, a ostatnie otworzę w Nowy Rok. Tyle radości!!!

Kolejny był kalendarz z L'occitane na 24 dni. Była to dla mnie świetna okazja do zapoznania się z kosmetykami tej marki, bo dotychczas znałam tylko szampon i perfum. Kalendarz bardzo ładny graficznie, szkoda tylko, że pudełka nie można wykorzystać w przyszłości :( Skład fajny, tylko dlaczego w środku było aż tyle mydła?! (Bo mydła w kostce to ja nie używam od lat.)


W środku znalazłam:
wspomniane 4 mydła w kostce
perfum
kula do kąpieli
4 kremy do rąk
krem do stóp
5 płynów do kąpieli - żele, olejki, kremy
4 mleczka do ciała
mój ulubiony szampon
odżywka do włosów
balsam do ust
krem

No i wreszcie na wyprzedaży sprezentowałam sobie kalendarz numer trzy. Ciekawa byłam produktu reklamowego blogosfery. Kalendarz 12-dniowy  Tanyi Burr. Nie spodziewałam się wiele ale za £10 można spróbować. Ładnie był wydany, trzeba przyznać.


W środku były:
3 lakiery do paznokci - tylko, że ja używam hybryd ;)
2 brokatowe eyelinery
2 brokaty sypkie
3 płynne pomadki - 2 w naprawdę ciekawych kolorach
lusterko
pilnik.

Podsumowując... aż mi smutno, że to już koniec i tak bardzo się cieszę, że na otarcie łez ;) mam chociaż kalendarz noworoczny. To takie moje małe guilty pleasures otwierać przez cały grudzień prezencikowe okienka :) Naprawdę sprawia mi to przyjemność! Ciekawe, jakie kalendarze sprawię sobie w przyszłym roku...

Także ten, raz jeszcze - Wesołych! Jedzcie, pijcie i śpiewajcie kolędy! A na Londyneczka czyta za chwilę czekać na Was będzie jeszcze jeden prezent ;)

sobota, 11 lutego 2017

O domu jak z bajki

Wiem, wiem... rychło w czas... Ale lepiej późno niż wcale.
Ten post miał powstać zaraz na początku stycznia ale przyznam, zupełnie o nim zapomniałam - wstyd!
A chcę Was zabrać do naprawdę magicznego domu.
Dom ów znajduje się w Hackney i należy do Toma i Ann. Oczywiście oboje zgodzili się, abym o ich domu napisała.
Gościliśmy u nich w Sylwestra, a że mają piękną kuchnię, która otwiera się na salonik do zabawy i dalej na ogród wzięty prosto z Alicji w krainie czarów, miejsce ku temu sprzyjało.
Pozwólcie teraz, że zabiorę Was na krótką wycieczkę po domu - salon to istna mieszanka stylów, od tzw. antyków po współczesne motywy pop kulturowe i  generalnie taki charakter panuje w całym domu. Betonowa łazienka dla gości, moja absolutnie ulubiona sypialnia właścicieli z łożem z baldachimem i otwartym salonem kąpielowym. Studio Tonego, który jest kompozytorem, a w studio mnóstwo książek, które podobno wyciszają pomieszczenie. I wreszcie bajeczna garderoba Pani domu i znów z mnóstwem książek. Taka bajka! Zresztą zobaczcie sami:











Nasza sylwestrowa "Lazania":


I odliczanie:


niedziela, 25 grudnia 2016

Nasze święta, czyli spotkanie trzech tradycji - polskiej, szwedzkiej i brytyjskiej

Ho ho ho! Merry Christmas!
Wesołych Świąt Kochani! Mam nadzieję, że karp smakował, a wszystkie prezenty były dokładnie takie, jak sobie wymarzyliście!

A co u nas?
Otóż, jeszcze rok temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że następne Święta będę spędzać w Londynie, a tu proszę nasza trójkulturowa Wigilia za nami i szczerze była piękna!
A jak połączyć tradycje polskie, szwedzkie i brytyjskie - oto nasz przepis.
Wystarczy choinka, biały obrus, dobre jedzonko i przede wszystkim dobre towarzystwo.






Przy naszym stole była nas trójka - moja Mama, Jonatan i ja, no i na Skype Rodzinka Jonatana w Szwecji. Na naszym stole znalazły się przysmaki z naszych rodzinnych domów - polski barszcz z uszkami, karpik mmmhhhh, pierogi, śledziki, które są nam wspólne ze Szwedami, i dalej szwedzkie pieczone ziemniaki ze śmietaną i anchois (pychotka) i pieczona szynka. Upiekłam też sernik i piernik ale jakoś nie starczyło nam dzisiaj miejsca w brzuszku, żeby ich chociaż spróbować. Z kultury brytyjskiej przytuliliśmy Christmas crackers i grzany cydr, a do kolacji zamiast Mazowsza przyśpiewywał nam Frank Sinatra. Oczywiście był też opłatek i historia narodzin Jezusa. Nie było kolęd ale to pewnie dlatego, że pośpiewałyśmy sobie z Mamą do południa przy garach ;)
No a potem były już prezenty, który bezapelacyjnie łączą wszystkie kultury. Już moja w tym głowa, żeby było dużo zabawy przy rozpakowywaniu ;) I tym sposobem na prezenty zeszło nam się z lekka dwie godziny ale wszyscy byli zadowoleni, co zresztą widać po minach :) Ja jestem meeega zadowolona! Dziękuję Mikołaju!







Teraz pora zmykać spać! Jest pięknie!
Jutro mamy w planach odwiedzić Westminister i pospacerować wzdłuż Tamizy, a w drugie Święto wybrać się doWinter Wonderland w Hyde Parku. Także wypatrujcie nowych wpisów!

Smacznego świętowania! <3

niedziela, 11 grudnia 2016

O angielskiej szkole słów kilka

Tak się ostatnimi czasy potoczyło moje życie, że mam nową pracę. Zaczęłam swoją karierę jako supply teacher, czyli nauczyciel na zastępstwo, i na początek miałam farta, bo dostałam zlecenie na dwa miesiące w jednej szkole. A dokładniej w szkole podstawowej, jako nauczyciel dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, głównie z autyzmem. Sami możecie sobie wyobrazić, jakie te moje dzieciaki są kochane!!!

Moi uczniowie mają od 7 do 10 lat i pracują w małych grupach po pięć osób. Oczywiście są częścią swoich klas w odpowiedniej grupie wiekowej ale większość zajęć, w tym matematykę, angielski, zajęcia artystyczne, krykieta i nazwijmy to - wiedzę o świecie, mają w zespołach SEN (special education needs). Do mainstteamowych klas, liczących po dwadzieścia kilka dzieci chodzą tylko na WF i muzykę. Aktualnie w swoich klasach przygotowują też świąteczne koncerty.


A czym różni się szkoła angielska od polskiej?

Przede wszystkich, dzieci idą do szkoły w wieku 5 lat. W szkole noszą mundurki. Do szkoły nie noszą podręczników - wszystko zostawiają w szkole. Szkoła zapewnia zeszyty i przybory szkolne. Praca domowa zadawana jest tylko w piątek i nie ma jej jakoś szczególnie dużo.

W szkole nie ma dzwonków. Lekcja trwa godzinę.
W szkole, w której aktualnie pracuję, dzień wygląda następująco: Dzieci przychodzą do szkoły na 9:00, najpierw odbywa się sprawdzenie obecności w klasach, następnie dzieci idą na apel. O 9:30 zaczyna się pierwsza lekcja. Moje dzieci mają matematykę. O 10:30 jest 15 minutowa przerwa i chwila na przekąskę w klasie. Lunch jest od 12:30 do 13:30. Przed lunchem moje dzieci mają mają blok angielskiego, a w tym zawiera się literacy, tj. umiejętność czytania i gramatyka, dalej spelling, czyli poprawne pisanie i handwritting, czyli ćwiczymy pisanie odręczne. Po lunchu zaś, jest blok, który wcześniej nazwałam wiedzą o świecie, czyli odrobina historii, geografii kultury, sztuki itd.
Lekcje kończą się o 15:00. Dzieci odbierane są ze szkoły przez rodziców lub odwozi je szkolny autobus.

A jak dzień wygląda z perspektywy nauczyciela?
Otóż, nauczyciel przychodzi do pracy na 8:15. Ma 45 minut na przygotowanie się do zajęć, może napić się kawy, zjeść śniadanie, ma czas na kserowanie i drukowanie. Co ciekawe, nie oszczędza się na kserze, nawet drukować w kolorze można do woli! Byle materiały były atrakcyjne dla dzieci! Moje dzieci nie mają podręczników, zatem cała praca opiera się na materiałach kserowanych, które następnie teaching assistant wkleja do zeszytów przedmiotowych.
I właśnie tecahing assistant, to kolejny cudowny wynalazek! Otóż nauczyciel ma przygotować lekcje, uczyć i komentować na piśmie pracę dzieci; całą resztę pracy wykonuje asystent nauczyciela. Zresztą to jest cudowne, że nie jest się dziećmi samemu w klasie. Nie daj Boże coś się stanie, zawsze jest drugi dorosły do pomocy.
W departamencie SEN jest tak, że w czasie apelu, czyli o 9:00 prowadzi się zajęcia indywidualne, tzw. intervention, czyli 1:1 ćwiczy się z dzieckiem to, z czym ma największe kłopoty na co dzień. 5 dzieci, 5 dni w tygodniu, czyli codziennie inne dziecko. A potem prowadzi się lekcje.
Dalej, co jest kolejnym, bardzo cudownym wynalazkiem, raz w tygodniu nauczyciel po lunchu nie prowadzi lekcji, tylko ma tzw. PPA (preparation, planning and assessment ), czyli czas na przygotowanie lekcji na następny tydzień. Od 13:30 można w spokoju sobie usiąść w pustej klasie i zaplanować dalszą pracę. Raj!
Gdy lekcje kończą się o 15:00 nauczyciele zwykle nie idą jeszcze do domu, zostają, żeby ogarnąć bieżące sprawy, żeby zwyczajnie nie zabierać pracy do domu.
To, co mi się też w tej mojej szkole podoba, to fakt, że raz w tygodniu przed lekcjami, o 8:30 są krótkie spotkania rady pedagogicznej z dyrektorem, czyli wszyscy wszystko wiedzą. I raz w tygodniu, po lekcjach są także krótkie spotkania zespołów przedmiotowych.

Moje pierwsze wrażenia z pracy w charakterze nauczyciela w angielskiej szkole są bardzo pozytywne. Jakoś po całym dniu jestem mniej zmęczona, czas szybko leci, nie ma jakiejś niepotrzebnej napinki.

W soboty pracuję też w polskiej szkole sobotniej dla polonii. Mam tam niby tylko cztery 45 minutowe lekcje ale wczoraj po całym dniu byłam zwyczajnie wykończona. OK, to szósty dzień pracy ale mimo wszystko wolę rytm dnia angielskiej szkoły.

Długa ta opowieść, a temat jeszcze nie wyczerpany... Także jakbyście chcieli o coś dopytać, dowiedzieć się czegoś więcej na temat życia angielskiej szkoły, to zapraszam do zadawania pytań i komentowania :)

sobota, 3 grudnia 2016

o przyjaźni między podziałami

Drodzy parafianie,

jako że dzisiaj będzie nieco w temacie, zacznę po Bożemu ;)
A chciałabym pokazać Wam kolejną reklamę z brytyjskiej telewizji, tym razem będzie to dzieło AMAZONa.
Oto i film:

Nie sądzicie, że nasza polska stereotypowo katolicka mentalność mogłaby wiele nauczyć się z tej krótkiej reklamy? O ile rzecz jasna mentalność może się uczyć... Jak się okazuje, nawet tak na pierwszy rzut oka różni ludzie, mogą mieć ze sobą wiele wspólnego,mogą mieć ochotę ze sobą rozmawiać, mogą mieć te same przyziemne problemy, mogą zwyczajnie czuć do siebie sympatię, a nie zaraz mieć ochotę wysadzić się w powietrze... Jakby popatrzeć historycznie, to i katolicy mają sobie wiele do zarzucenia w temacie przelewu krwi w imię Boże.

Także kochani, z okazji niedzieli przekażmy sobie ów medialny znak pokoju! AMEN!

poniedziałek, 21 listopada 2016

Na ekranie - GRACE and FRANKIE - On the screen

Dzisiaj chciałabym zapoczątkować nową serię na blogu. Serię o serialach, filmach i być może programach telewizyjnych, które odkryłam będąc na Wyspach. Zdaję sobie sprawę, że w pewnej mierze będą to tytuły dostępne tylko w Wielkiej Brytanii ale z drugiej strony Polak potrafi ;) więc warto pisać.
***
Today I would like to introduce you to something else on the blog. Me writing about movies, TV series, and television programs which I discovered while living in the UK. Some of the titles may only be available on Netflix, prime or the BBC. If you can’t find it there you know what to do..


Na pierwszy ogień idzie serial wyprodukowany przez Netflix - GRACE and FRANKIE. Właśnie sprawdziłam, że na platformie jest dostępny zarówno z polskim lektorem i napisami, trzeba tylko mieć wykupiony dostęp lub skorzystać z miesiąca za free, kto jeszcze może.
***
My first choice is Grace and Frankie available on Netflix in Poland with subtitles.
Dotychczas powstały dwie serie serialu, ale na wiosnę przyszłego roku planowana jest kolejna. I powiem szczerze, nie mogę się doczekać! Dawno nic tak mnie nie ubawiło.


Serial zaczyna się niepozornie. Ot kolejna obyczajowa produkcja. Na wspólnej kolacji w restauracji spotykają się dwa małżeństwa w wieku tak na oko po sześćdziesiątce. Na pozór są totalnie różni. Jedna para to elegancka, pewna siebie business woman i jej mąż w świetnie skrojonym garniturze. Druga para to podstarzała hipiska i jej mąż w tweedowej marynarce, kraciastej koszuli i krawacie. W rolach głównych Jane Fonda, Lily Tomlin, Martin Sheen, Sam Waterston.
Rozpoczyna się zabawny dialog. Wyraźnie widać, że pary totalnie się od siebie różnią, choć od lat łączy ich przyjaźń i wspólny prawniczy biznes obu panów.
Aż tu nagle panowie zbierają się na odwagę, aby coś paniom wyznać, otóż postanawiają się z nimi rozwieść. Jednocześnie. Gdyż co tu dużo mówić, od dwudziestu lat żywią do siebie miłość i pragną w końcu rozpocząć wspólne życie...
No to ja już jestem za! Będzie zabawnie! I dokładnie tak jest. Dialogi, gra aktorska, sam scenariusz bawią do łez. Obejrzysz pierwszy odcinek i chcesz kolejny, i potem następny i tak do końca drugiej serii. Owszem może w drugiej serii serial nieco zwolnił ale w żaden sposób nie stracił na byciu wciąż zabawnym i wzbudzającym apetyt na serię trzecią.
A Lily Tomlin i Jane Fonda razem, to po prostu cudo! POLECAM!!!
***
There are two seasons so far but a third is planned, and to be honest, I cannot wait! I simply love it!
The series begins inconspicuously. Two couples in their sixties meet for a dinner in a restaurant. On the surface, they are totally different. One pair is an elegant, self-confident business woman and her husband in a well-tailored suit. The second pair is an elderly hippie and her husband in a tweed jacket, a plaid shirt and tie. The cast is Jane Fonda, Lily Tomlin, Martin Sheen, and Sam Waterston.
It starts with funny dialogue. Both pairs are totally different from each other, even though for years they share a friendship the men run a solicitors business together.
Suddenly the men gather up the courage to confess to their ladies that they're going to divorce them, since for the last twenty years they have been in love and they want to start a new life together ...
Well, I'm already behind! It will be fun! And exactly it is. The dialogue, the acting, the scenario is amazing. You look at the first episode and want another, and then another to the end of the second season. The second season has some dips but it’s still good fun. Lily Tomlin and Jane Fonda together are just a miracle! HIGHLY RECOMMENDED !!!



Zdjęcia zaczerpnięte z internetu.

czwartek, 17 listopada 2016

Xmas adverts - part 2

Nie mogłam się oprzeć i muszę Wam pokazać kolejną reklamę świąteczną dostępną w angielskiej telewizji. Tym razem, po raz pierwszy w historii, do grona bożonarodzeniowych reklamodawców dołączyło największe lotnisko w Europie, czyli Heathrow. Myślę, że to naprawdę uroczy debiut!
Zobaczcie zresztą sami:

***

I couldn't resist and I have to show you another Christmas advert available in English TV. This time, for the first time ever, a group of Christmas advertisers has joined the largest airport in Europe that is Heathrow. I think it's a really cute debut!
Just watch it:


Aż sama chciałabym mieć takich misiowych babcię i dziadka.

***

I just would like to have such a cute grandmother and grandfather.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Xmas adverts - czyli jak zaczarować klienta

Co jak co, ale Brytyjczycy potrafią czarować na Święta! Spece od reklamy dużych sieci handlowych tworzą prawdziwe krótkometrażowe kino na Boże Narodzenie i prześcigają się, która to będzie najlepsza. Nawet brytyjska prasa tworzy swoje rankingi.
Ja od kilku lat niezmiennie zachwycam się reklamami Johna Lewisa ale w tym roku postanowiłam nieco bardziej zagłębić się w temat i przedstawić swój własny subiektywny ranking świątecznych reklam. No dobra, nawet nie będę próbować decydować, która jest najlepsza, bo wszystkie czarują. Po prostu pokażę tylko te moje ulubione. A best of the best pokażę na samym końcu!

* ALDI i historia o marchewce dla Rudolfa


* LIDL i film o potrzebie bycia razem i o tym, że wszystko to, co robimy na święta, robimy dla naszych najbliższych


* SAINSBURY'S i film o tym, że najpiękniejszy prezent jaki możemy dać, to my sami i nasz czas


* JOHN LEWIS i film o tym, że nawet zwierzęta mają swoje marzenia na święta


* MARKS & SPENCER i nowoczesna pani Mikołajowa


* i mój faworyt WAITROSE i łabędzi śpiew emigranta, czyli film o tym, że pomimo przeciwności losu, na święta wszyscy ciągną do domu


A na deser, coś, co jest reklamą świąteczną jest ale w ogóle nie posługuje się bożonarodzeniową symboliką. Reklama BURBERRY, która jest niczym innym, jak hollywoodzkim zwiastunem biograficznego filmu o założycielu tej marki. Majstersztyk!


Przyjemnego oglądania! Niech magia tych świąt zawładnie waszymi sercami!

Mały update! Michał chciał mieć swój udział w blogu i dosłał mi prawdziwego hita reklamowego!
TK MAXX i święta jak z domu wariatów, czyli wszystko zostaje w rodzinie ;)










czwartek, 10 listopada 2016

LOJALNOŚĆ POPŁACA czyli o kartach stałego klienta w UK

Hej hej!
Oto kolejny powód do śmiechu dla Jonatana. Ja i moje karty lojalnościowe. Gdzie się da, kto da, to ja mam. Bo ja po prostu nałogowo zbieram punkty... A czy to się opłaca? Zaraz się okaże.


Zacznijmy od mojej absolutnie ulubionej karty do Bootsa. Boots to taki polski Rossmann albo Hebe. Z tą różnicą, że w polskich drogeriach większość asortymentu stanowią produkty do pielęgnacji, w UK zaś produkty do makijażu. Zresztą angielskie sklepy są generalnie ubogie jeśli chodzi o pielęgnację, jednak nie ma to jak nasze polskie ;)
Ale wracając do karty. Za każde zakupy dostajemy punkty, dokładniej 4 punkty za każdego wydanego funta. Następnie punkty przeliczają się na pieniądze, które możemy wydać na zakupy w sklepach tej sieci. Niby wszystko brzmi znajomo, jednak przyrost gotówki do wydania naprawdę rośnie w odczuwalny sposób. Ja jakoś niewiele tam kupuję, najczęściej korzystam z apteki, a leki moim zdaniem w tym kraju są serio tańsze, a w ciągu czterech miesięcy uzbierałam już 7 funtów na wydanie, to w przeliczeniu daje np. zapas żeli pod prysznic na pół roku ;) Co by nie było - warto! Dodatkowo, co jakiś czas dostaję od nich kupony zniżkowe pocztą, mailem oraz wraz z paragonem przy praktycznie każdych zakupach. Potrafią zadbać o klienta!

Konkurencję dla Bootsa stanowi Super Drug. Do nich mam już tylko aplikację na telefon, jakoś fizycznie karta do mnie nie dotarła - a szkoda, bo jest taka fiu fiu, z lusterkiem ;) Tam też się zbiera punkty ale przede wszystkim korzysta się ze specjalnych ofert dla tzw. klubowiczów. Korzysta się z darmowej dostawy przy zakupach online oraz z okazji urodzin dostałam jakiś naprawdę odczuwalny rabat na zakupy.

Ikea Family działa dokładnie tak samo, jak w Polsce.

Matalan, to taki Primark trochę. Wprawdzie mniejszy wybór, ale kolekcje damska, męska, dziecięca i wystrój wnętrz - całkiem zresztą ciekawy. I dają zniżki na już i tak tanie produkty! Jakoś Primark jeszcze nie wpadł na pomysł karty stałego klienta?! I tak w przeciągu miesiąca może, już dwa razy dostałam kupony zniżkowe, raz na 30% i raz na 25%. I znowu warto!

Spożywka. Mam kartę do Waitrose, w wolnym tłumaczeniu Czekaj Róża ;) Tam w sumie przysyłają jakieś kupony zniżkowe, ale najfajniejsze jest to, że przy każdych zakupach można napić się pysznej kawy gratis. Serio Starbunio przy ich kawie wysiada ;) A i jeszcze na stronie internetowej można dowolnie wskazywać bodajże 20 produktów, na które dostaje się 20% rabat.
Dalej Morrisons. Mam ten sklep pod nosem, to zbieram te punkty ale w sumie bez większego sensu. Za każde 5000 punktów dostaje się bon na zakupy za 5 funciaków. Zbieram już blisko 5 miesięcy, a dopiero mam jakieś marne 3 tysiaki punktów, ale niech tam! Nawyki trzeba pielęgnować ;)
W końcu Tesco. Oni kochają klienta, wysyłając kupony zniżkowe na produkty, które najczęściej u nich kupujesz. Ja niestety żadnego Tesco nie mam blisko domu ale kartę mam ;) No i dobra, nie będę marudzić, bo i tak dwa duże sklepy mam po drugiej stronie ulicy. Tak blisko to nawet w Toruniu nie miałam ;)

Co tu jeszcze? A no za każdym razem, jak robię zakupy w księgarni WHSmith, dostaję kupony zniżkowe, czy to na książki, czy to na prasę, czy w końcu na kartki okolicznościowe, bo Anglicy przecież kochają kartki i wysyłają je na potęgę.

Niektóre sklepy, czy restauracje zapraszają jeszcze np. do zbierania pieczątek. Po uzbieraniu wskazanej ich ilości dostajemy np. rabat albo jedzonko gratis.

No i nie ma co się śmiać! Trzeba zbierać! I korzystać ;)

Wiem, to takie trochę uzależnienie...


poniedziałek, 7 listopada 2016

XMAS is coming



Minęło Halloween, Bonfire Night*, przyszedł czas na odliczanie do Świąt Bożego Narodzenia. Wczoraj uroczyście zostały odpalone dekoracje na Oxford Street. To już prawie 60-letnia tradycja dekorowania prawdopodobnie najpopularniejszej ulicy handlowej w Europie. W tym roku honor uruchomienia światełek przypadł Craigowi Davidowi, który podobno wraca na scenę. Nie wiem, nie znam się.

Spodziewając się, że na uroczystym otwarciu będą tłumy ludzi, jakoś sobie odpuściłam tę przygodę. Jednak dzisiaj, kiedy ledwo co zrobiło się ciemno, pognałam zrobić foty na blogaska.

Wygląda bajecznie, wielkie świetlne bombki pięknie komponują się z czerwienią autobusów. Niby nic nowego, bo te same kule widziałam przed dwoma laty (chociaż wróć, w tym roku zostały dodane gwiazdy), to i tak jest uroczo. Ludzi tłum, chociaż to poniedziałkowy wieczór... Naprawdę pachnie już świętami i jakby jakoś tak mroźnie zaczęło się robić... a to przecież listopad w Londynie. Tu z zasady nie bywa mroźno!

Także kochani, odliczamy!
Last Xmas I gave you my heart la la la la...





*** Wracając do Bonfire Night. Obiecałam wpis na ten temat, a tu nie ma o czym pisać. Chcieliśmy wybrać się z Joanatanem na pokaz fajerwerków. I wszystko pięknie, tylko że jak zaczęliśmy się interesować tematem, wszystkie bilety na okoliczne pokazy były już wyprzedane. Postanowiliśmy wybrać się do centrum. Przecież muszą być fajerwerki koło Big Bena, skoro wspominamy próbę wysadzenia Parlamentu... Ale gdzie tam. Zmarzliśmy, postaliśmy w tłumie czekających na strzelanie tak jak i my i rozczarowani wróciliśmy do domu... No nic! Może za rok się uda!

piątek, 4 listopada 2016

POWRÓT NA OJCZYZNY ŁONO... ale tylko na chwilę

Jest godzina 2:04 w nocy, właśnie skończyłam się pakować. Muszę wstać o 5:45 i zastanawiam się czy w ogóle kłaść się spać ale co tam, raz się żyje ;)

W niedzielę w nocy zjechałam do domu świętować ze wszystkimi świętymi. Tak zupełnie spontanicznie zrobiłam sobie prawie tydzień wolnego od przedszkolaków. I jutro jakimś cudem jest już piątek i trzeba wracać, a ja nawet nie miałam czasu usiąść spokojnie na kanapie i chwilę odpocząć. Wydawało mi się, że 5 dni to tyle czasu, co to ja wszystko nie zrobię, z kim się nie spotkam itd... koniec końców ogarnęłam może połowę z założonego planu. I się dobrze trzymałam, aż wieczorem ogarnął mnie smutek i nostalgia. Jakkolwiek jestem szczęśliwa w Londynie, bo jestem i to bardzo, kiedy przychodzi wyjechać kolejny raz z Torunia, to jakoś tak łza się sama w oku kręci... To zupełnie jakby się chciało zjeść cukierka i mieć cukierka. Taka słodycz życia na emigracji. Można by tak sobie z Mickiewiczem westchnąć do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, a rano wsiąść w Ryanera ;). No ale co tam...
W Londynie czeka mnie mój pierwszy 5th of November czyli Bonfire Night, świąteczne światełka na ulicach i może wycieczka niespodzianka... ale o tym wkrótce. Tymczasem rzut oka na toruńską starówkę :)



czwartek, 14 lipca 2016

SUMMER PARTY

TAK SIĘ BAWIĄ KORPORACJE



W zeszłą sobotę byłam gościem na letniej imprezie dla pracowników GAMESYS i bawiłam się jak dziecko :)
W parku, nad stawikiem, kawałek za Luton, spotkało się 51 narodowości, bo pracowników z tylu krajów zrzesza wspomniana wcześniej firma.
Autokar zabrał nas z centrum Londynu i po prawie dwóch godzinach drogi znaleźliśmy się w parku rozrywki dla dużych i małych. A można było zjeść i się napić, ale to typowe. Poza tym pojeździć na karuzeli - lata tego nie robiłam. Jednak byłam nieco zasmucona, bo na dużą łańcuchową zadek by mi się nie zmieścił, ale za to diabelski młyn zaliczyłam dwa razy. Poza tym były autka, ujeżdżanie byka, dyskoteka na wrotkach, pokazy akrobatyczne, malowanie twarzy, sesja zdjęciowa, gra w wisielca i w statki, centrum zabaw dla dzieci i pewnie jeszcze wiele innych, których nie odkryłam.
Ubawiłam się przednio i totalnie zmęczona, no dobra, trochę też pod wpływem, po północy wylądowałam w domu. Za rok też tak chcę!
A oto fotorelacja:



Jonatan na dużej łańcuchowej i na byku:



Nasze make up:






I inne rozrywki:








No i jeszcze video:
(karuzela to były emocje, a Jonatan utrzymał się w siodle 43sekundy! Mistrzunio!)