Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LONDYN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LONDYN. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 września 2017

LONDYN W 6 DNI Z DZIEĆMI i nie tylko

Wakacje wprawdzie dobiegły końca, na dodatek przyszła jesień. Mój post zatem  może się zdawać nieco nie w porę, jednak postanowiłam go opublikować. Przecież lada moment będą kolejne wakacje i komuś taki mały, subiektywny przewodnik może się przydać.


Zatem, co zobaczyć w Londynie, kiedy na zwiedzanie masz 6 pełnych dni?

Oto nasza recepta:

DZIEŃ 1:

Pierwsza przejażdżka metrem do Green Parku, spacer do Pałacu Buckingham na herbatkę do Królowej i dalej do St. James's Park /więcej/, żeby dokarmić wiewiórki. Następnie Westminster Abbey i obowiązkowa sesja fotograficzna z Big Benem i budką telefoniczną. Jeszcze szybka przechadzka na Downing Street pod domek pani premier i double deckerem ziuuu do domu. No dobra, powiem prawdę ;) po drodze jeszcze "na chwilę" wskoczyłyśmy do Primarka.









DZIEŃ 2:

Wypad do Sky Garden na taras widokowy /więcej/ . Przejażdżka autobusem do Geffrye Museum /więcej/ . Wyprawa na Leicester Square do flagowego sklepu LEGO, o którym w końcu muszę Wam napisać nieco więcej oraz do sklepu M&M's /więcej/. Rzut oka na China Town. Spacer do Piccadilly Circus - pamiątkowe zdjęcia pod Erosem, szybki lunch w parku i dalej spacer Regent Street do Hamley'sa /więcej/.













DZIEŃ 3:

Wyprawa do South Kensington, tam wizyta w Natural History Museum i Victoria and Albert Museum. Przejażdżka autobusem do Pałacu Kensington. Tam koniecznie trzeba podejść do memoriału Diany, który jest niczym innym, jak bajkowym placem zabaw dla dzieci z wielkim drewnianym pirackim statkiem w centrum. Raj dla dzieciaków!










DZIEŃ 4:

Wyprawa na Baker Street do Muzeum Madame Tussauds, o której niedawno pisałam
oraz na London Eye /więcej/, a także spacer wzdłuż Tamizy - od Westminster do Waterloo Bridge.





DZIEŃ 5:

(Czyli dzień, w którym przewodnik nawalił, czytaj - obudziłam się z gorączką i anginą).
Drodzy Goście otrzymali szczegółowe wskazówki i wyruszyli na samotną wyprawę po mieście. Odwiedzili British Museum i ponownie zdobywali Primarka ;)

DZIEŃ 6:

(Przewodnik wciąż leżał w łóżeczku.) Goście zwiedzali National Gallery i Trafalgar Square, a po południu, o zachodzie słońca, wraz z Jonatanem wybrali się na kolejkę linową Emirates Air Line.

Gdybym się nie pochorowała, dnia 5 w planach był jeszcze spacer od London Bridge do Tower Bridge, a następnie do the Shard. Dnia 6 zaś wyprawa DLR do Greenwich i powrót promem pod London Eye. Ale jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze! Dziewczyny mają po co wracać do Londynu! I coś czuję, że na pewno to zrobią! Cóż... taka już magia LONDYNU <3

POLECAM!

PS. Pozdrowienia dla Doroty, Wiktorii i Patrycji, no i oczywiście dla mojej Mamy, które wesoło uśmiechają się do Was ze zdjęć :)

sobota, 9 września 2017

The PROMS, czyli narodowa duma Brytyjczyków

Dziś jest ten wielki dzień. Dzień finałowego koncertu The PROMS, nazywanego po prostu The Last Night of the Proms. Dzisiejszego wieczora oddani tradycji Brytyjczycy zasiądą przed ekranami telewizorów, przed odbiornikami radiowymi, a szczęśliwcy będą celebrować ten wieczór w The Royal Albert Hall doświadczając wielkiego święta muzyki.


A czym właściwie The PROMS jest? Otóż jest to olbrzymi, trwający całe lato festiwal muzyki nie tylko poważnej, ale i nie rozrywkowej. Muzyki przez wielkie "M". Przez blisko trzy miesiące trwania festiwalu, każdego wieczora można doświadczać muzyki klasycznej, jazzowej i tradycyjnej, a to wszystko w niezwykle zdobnych wnętrzach The Royal Albert Hall.

Historia festiwalu swój początek ma w latach '30 XX wieku. Od początku trwania The PROMS miał wielki wpływ na rozwój kultury narodu i popularyzację muzyki klasycznej. Ze względu na powszechny dostęp do koncertów wszystkich warstw społecznych, The PROMS nazywany był festiwalem demokratycznym. Za kilka szylingów nawet prości londyńczycy mogli spędzić wieczór w eleganckich wnętrzach królewskiej sali koncertowej doświadczając piękna muzyki.
Od początku trwania festiwalu jest on organizowany przez BBC i transmitowany początkowo na antenie radiowej, a z czasem i telewizyjnej.
Gospodarzem festiwalu jest The Royal Albert Hall, wybudowana pod koniec XIX wieku na polecenie Królowej Wiktorii, owalna sala koncertowa ku czci Alberta - ukochanego mężą królowej, wielkiego miłośnika sztuki. W skład kompleksu znajdującego się w South Kensington, wchodzi również prawie cały ze złota, memoriał ku pamięci Alberta. O względach artystycznych pomnika nie ma co dyskutować, taki mieli styl i już. Jego symbolika zaś, jest naprawdę bogata i warto o niej poczytać chociażby na Wikipedii.

Ja, przyznam szczerze, na The PROMS wybierałam się od lat. I w końcu zrealizowałam swój plan. Na koncert wybraliśmy się z okazji przyjazdu mojej Mamy, oraz moich urodzin. Zdecydowaliśmy się Pasję Św. Jana wg Bacha.
W niedzielny, deszczowy wieczór udaliśmy się na koncert i w pierwszym momencie The Royal Albert Hall przyprawiła mnie dosłownie o zawrót głowy. Wysokość sali i jej owalny kształt doprowadziły mój błędnik do szaleństwa.To miejsce robi naprawdę wrażenie. Z jednej strony sala jest olbrzymia, a z drugiej zdaje się być kameralna.
Koncert rozpoczął się od dźwięków największych w Europie organów oraz odśpiewanego wspólnie z publiką hymnu. To, jakie wrażenie ten wspólny śpiew na mnie zrobił, nie sposób opisać. Ciary po plecach. I choć porównanie nieadekwatne, poczułam się trochę, jakbym była na słynnym już meczu reprezentacji Irlandii w czasie Euro 2012, kiedy to kibice w tak wzruszający sposób chórem śpiewali "The Fields of Athenry". Zamieszczony poniżej przeze mnie filmik, chociaż trochę pozwoli Wam poczuć atmosferę koncertu.


Będąc latem w Londynie, koniecznie wybierzcie się do the Royal Albert Hall. Za dosłownie kilka funtów możecie mieć niezapomniane wspomnienia. Co ważne, nie musicie się martwić o strój. Na The PROMS spokojnie można się wybrać w T-shircie, a rezerwując bilety rano w dzień koncertu, można załapać się na super okazję i kupić bilet dokładnie na wprost sceny. Jedyną wadą jest to, że są to miejsca stojące :(








niedziela, 3 września 2017

LONDON EYE, czyli przekonać się jak kręta jest Tamiza

Drodzy bracia i siostry, że zacznę w niedzielnym stylu, dzisiaj kontynuacja postu o wyprawie do Magame Tussauds. Opowieść o dniu pełnym niejasności i niedociągnięć, ogólnej dezyinformacji i zbliżającej się anginie.



Jak już wcześniej wspomniałam, zdecydowaliśmy się na bilet wiązany na dwie atrakcje, muzeum figur woskowych i London Eye. Z regulaminu zakupu wynikało, że najpierw musimy we wskazanym wcześniej dniu i godzinie stawić się w Madame Tussauds, a następnie, z tym samym biletem w ciągu 90 dni udać się na London Eye. Że pogoda w dniu odwiedzin na Baker Street była piękna, zdecydowaliśmy się iść za ciosem i od razu wsiąść w metro i skorzystać z obu atrakcji.

Wcześniej zasięgnąwszy informacji w Madame Tussauds, dowiedziałam się, że wystarczy jechać do London Eye i okazawszy bilet wstępu, stanąć w kolejce oczekujących na wejście. Otóż nie! W kolejce kazano udać mi się do biura informacji, aby odebrać karty wstępu na konkretną godzinę. No dobra, poszłam. Kolejka na pół godziny. A tam pani mi mówi, że nie nie, takich kart to ona mi nie da. Mam sobie wrócić do Madame i tam je dostanę. No to ja mówię pani, że nie nie, to ona w tej chwili da mi te karty, bo to nie moja wina, że oni sami nie znają własnych zasad. Pani wielce obrażona jednak wydrukowała mi karty. Wróciliśmy do kolejki. Kolejne 15 minut. Pokazuję karty, a wtedy kolejna pani mówi, że jeszcze raz mam pokazać bilety, które już okazałam, żeby te rzeczone karty dostać. No dobra, niech wam będzie. Poziom mojego zdenerwowania rośnie.  Bilety mam w formie cyfrowej. Loguję się na pocztę. Internet przeładowany, nie działa. W końcu to centrum Londynu i wielkie skupisko ludzi. Pani każe mi wyjść z kolejki i jakoś rozwiązać ten problem... Tylko jak, drukarki przecież w torebce nie mam. Już wkurzona, wracam do biura informacji. Ktoś w końcu mnie uświadomił, że znajdują się tam automaty do wydruku biletów. Odstałam kolejne 15 minut i uwaga, żeby wydrukować bilety, musiałam podać adres email i numer rezerwacji, który uwaga był na poczcie, która nie działała. Po kilkukrotnym odświeżeniu strony udało się. Zadowolona, wracam z biletami do pani, która obsługuje kolejkę, a ona, że mam sobie wrócić na koniec kolejki, z której ona już mnie dwukrotnie wyrzuciła. No to nie wytrzymałam. Wygłosiłam swoje zdanie i pani łaskawie, oczywiście wielce obrażona, zeskanowała nasze bilety... Bagatela minęło już blisko 1,5 godziny, a tu jeszcze  kolejka do wejścia do wagonika. Tu na szczęście poszło sprawnie. W koncu mogliśmy się cieszyć widokami...

I zgadzam się, było pięknie. No bo panorama Londynu w końcu jest piękna. Wycieczka zaczyna się od wschodniej strony miasta z widokiem na St. Paul's Cathedral, Tate Modern i The Shard. Chyba dopiero widząc z góry tę stronę miasta, uświadamiamy sobie, jak kręta jest Tamiza. Wspinając się w górę, prawie na wprost, możemy zobaczyć, jak to uroczo ujął Książę Harry, domek Babci, czyli Buckingham Palace. I wreszcie po lewej Big Ben, Westminster i Westminster Abbey. Cudny widok, nieco jedynie zakłócony przez ostre promienie słońca.

Czy warto?
Absolutnie tak!
Jednak przyznam się szczerze, panorama ze Sky Garden cieszy mnie bardziej. Może dlatego, że tam mogę  poruszać się własnym rytmem. W przypadku London Eye, chciałabym odbyć jeszcze jedno kółeczko, pewnie dlatego, że wagonik jest dość przeładowany i nie zawsze mamy dostęp do okna, by znaleźć dobre ujęcie.

Ze wskazówek praktycznych:
1. w słoneczny dzień unikaj wizyty na London Eye około godziny 16:00, 16:30. Ostre promienie słońca zakłócą ci najbardziej wyczekiwany widok,
2. wydrukuj bilety wstępu w domu, internet zawodzi,
3. od razu udaj się do biura informacj po odbiór wejściówek na konkretną godzinę,
4. nie trać pieniędzy na tzw. fast track, kolejka do wagonika porusza się naprawdę sprawnie,
5. bądź przygotowany na niekompetencję pracowników!

PS. Zastanawiałam się, co ja taka szybko zmęczona byłam i tak łatwo było mnie zdenerwować. Otóż odpowiedź przyszła następnej nocy. Angina i 40 stopni gorączki. Taki ze mnie przewodnik, co to na ostatnie dwa dni podróży swoich długo wyczekiwanych gości, rozkłada się na amen w łóżku...

Widoczki:










Panoramy:





I trochę prywaty: